„Modo iucundus” byle zabawnie

Na pierwszy rzut oka to tylko jedno z wielu mieszkań w bloku. Takie, obok którego można przejść obojętnie. Dopiero po przekroczeniu progu wiadomo, że ten adres ma inny wymiar.
Powietrze jest ciężkie od zapachu farb i płócien.
Światło wpada przez okno i zatrzymuje się na sztaludze stojącej pośrodku pokoju. Na niej obraz, jeszcze niedomknięta opowieść. Farba nie leży płasko. Wznosi się, pęka, tworzy grzbiety i doliny, jakby próbowała uwolnić się z dwuwymiarowej przestrzeni. Każda kolejna warstwa niesie ślad poprzedniej.
Obok spoczywa paleta. Nieregularna, pokryta zastygłymi plamami barw. Dla przypadkowego gościa to tylko narzędzie. Dla artysty to kronika setek godzin samotności, ciszy i nieustannego dialogu z płótnem.
Bartosz Stępiński siedzi na niewielkim stołku. Nie mówi wiele. Nie musi. W jego oczach widać skupienie człowieka, który nauczył się słuchać własnej wyobraźni. Pędzel porusza się spokojnie, niemal bezszelestnie, zostawiając ślady, których nie dyktuje szkic ani plan. Dyktuje je intuicja. Bo są obrazy, których nie da się wymyślić. Trzeba je poczuć.
Przez chwilę jedynym dźwiękiem jest miękkie muśnięcie włosia o chropowatą powierzchnię płótna. Artysta na moment odrywa wzrok od obrazu. Spogląda w moją stronę, ale pędzel nadal prowadzi swoją własną opowieść. Jakby rozmowa i malowanie były tym samym gestem. Właśnie wtedy zaczyna się historia nie tylko o obrazach.
– Na początku malarstwo było mi dość obce. Wszystko zaczęło się od rysunku. Dopiero w liceum plastycznym im. Jacka Malczewskiego w Częstochowie odkryłem farby i zrozumiałem, jakie dają możliwości.
Opowiada o Kłobucku, skąd pochodzi. O studiach w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. O Aleksandrowie Łódzkim, do którego trafił trochę przez przypadek, szukając z żoną pierwszego mieszkania. W jego historii nie ma jednego przełomowego momentu. Nie było dnia, w którym postanowił zostać malarzem.
– To chyba ta decyzja sama mnie znalazła. Robiłem wiele rzeczy, projektowałem, malowałem murale, zajmowałem się grafiką. W pewnym momencie to właśnie obrazy zaczęły dominować moją twórczość, na tyle by móc się z nich utrzymać.
Po chwili uśmiecha się, jakby sam nie dowierzał własnej drodze.
– W sumie to zabawne, że tak się to wszystko przerodziło. Od niewinnych rysunków z tyłu zeszytu do matematyki… do sytuacji, w której ludzie przychodzą na wystawy i oglądają moje prace na żywo.
Nie mówi tego z dumą. Bardziej z pewnym zdziwieniem.
Pytam, skąd biorą się jego obrazy.
– Najczęściej inspiracja przychodzi z życia. Ktoś coś powie. Zobaczę jakieś zjawisko. Zapisuję to w notatniku w telefonie, żeby później zamienić w symbol na obrazie. Czasem inspiruje mnie po prostu jakiś widok i wtedy mam potrzebę od razu przenieść go na płótno.
Romantyczne wyobrażenie artysty czekającego na natchnienie szybko jednak burzy.
– Wena jest trochę ściemą.
To zdanie zawisa między nami.
Jeszcze kilka lat temu czekał na odpowiedni moment. Dziś zamiast niego są stałe godziny pracy, porządek w pracowni i dyscyplina.
– Gdybym do każdego obrazu podchodził tak samo, po prostu bym się znudził. Czasem przygotowuję projekt, ale podczas malowania czuję, że coś nie działa. Zdarza się, że niemal gotowy obraz zamalowuję na czarno. Potem ścieram farbę papierem ściernym albo gąbką. Powstaje coś zupełnie nowego. Wtedy nie ma już sensu trzymać się planu. Trzeba zaufać temu, co się wydarzyło.
Patrzę na obrazy. Wielowarstwowe, pełne symboli i postaci. Niektórzy w starszych dziełach dostrzegali echa Beksińskiego. On kręci głową.
– Nigdy specjalnie się nim nie inspirowałem.
Znacznie bliższy jest mu Jacek Malczewski. Nie tyle przez sposób malowania, ile przez myślenie o obrazie. Symbol staje się językiem, a mitologia sposobem opowiadania o współczesności.
– Podziwiam także Grottgera, Durera czy Caravaggio.
Każdy obraz otrzymuje tytuł. Nie po to, by wszystko wyjaśnić.
– To tylko kierunek. Mała podpowiedź.
Po chwili dodaje zdanie, które wydaje się kluczem do całej jego twórczości.
– Artysta traci prawo do swojego dzieła w momencie, kiedy je skończy.
Od tej chwili obraz należy już do odbiorcy.
Indywidualna wystawa miała przyjść później. Tak przynajmniej myślał Bartosz. Nie był przekonany, że jego obrazy tworzą już spójną całość. Brakowało mu wspólnego mianownika.
Wszystko zmienił telefon od marszanda, Witka.
– Powiedział, że jest szansa na wystawę wcześniej. Byłem przekonany, że to jeszcze nie ten moment.
Kilka dni później dostał wizualizację ekspozycji.
– Zamurowało mnie. Nagle okazało się, że te obrazy rozmawiają ze sobą. Że istnieje jakiś wspólny język, którego sam wcześniej nie widziałem. To Witek go odnalazł.
Gdy po raz pierwszy wszedł do galerii jeszcze przed otwarciem wystawy, miał wrażenie, że ogląda prace… kogoś innego.
– Znałem każdy centymetr tych obrazów. Spędziłem przy nich setki godzin. A mimo to patrzyłem na nie jak widz.
Choć większość czasu spędza przy sztaludze, od czasu do czasu zamienia ją na kilkumetrowe rusztowanie.
– Uwielbiam projektować murale. Sama świadomość, że coś będzie żyło w przestrzeni, bardzo mnie napędza. Paradoksalnie najgorszym etapem jest już samo malowanie. Po kilku dniach człowiek walczy nie tylko z farbą, ale z upałem, deszczem i własnym zmęczeniem.
Pytam o marzenia.
Nie mówi o sławie ani zagranicznych galeriach.
– Chciałbym namalować naprawdę monumentalny obraz. Taki trzy na dwa metry. Na razie ogranicza mnie logistyka. A poza tym… od dawna chodzi za mną rzeźba. Albo płaskorzeźba. Moje obrazy i tak coraz bardziej przypominają relief.
Na koniec pytam o ludzi. Czy w życiu artysty jest ktoś, bez kogo ta droga wyglądałaby inaczej?
Nie odpowiada od razu.
– Żona.
I po chwili dodaje:
– Kiedy obok jest ktoś, kto nie wywiera presji, tylko pozwala człowiekowi się rozwijać, wszystko przychodzi naturalnie. To, co tworzę, jest wtedy bardziej moje.
Uśmiecha się.
– Chociaż wymaga to od niej sporo cierpliwości. Życie z artystą nie należy do najłatwiejszych. Wiem coś o tym, bo sam ze sobą żyję. Ale… myślę, że czasem bywa zabawnie.
Ewelina Madejska

